Nasza wieś dawniej

Mamy XXI wiek – wygodne mieszkania, samochody, nowoczesny sprzęt i

urządzenia ułatwiające życie. Przedstawia się ono nieco inaczej niż kiedyś, przed laty.
Uczniowie SP nr 4 w Zawoi postanowili się dowiedzieć, jak dawniej wyglądało życie na Przysłopiu, w jakich warunkach żyli mieszkańcy, czym się zajmowali, jakie były tutejsze zwyczaje i obrzędy, legendy i pieśni. Na podstawie rozmów uczniów przeprowadzonych z rodzicami oraz dziadkami, którzy chętnie dzielili się swoimi wspomnieniami, możemy wyobrazić sobie dawne czasy. Rozmówcy nie podawali lat i nie wymieniali okresów, o których opowiadali, gdyż nie było to celem wywiadów.

Można wnioskować, że opisywana rzeczywistość dotyczy tutejszej historii na przełomie XIX i XX w. Niektóre wątki nie są zbyt odległe czasowo, niektóre kontynuujemy my sami, utożsamiając się z przekazanymi nam tradycjami, spuścizną po przodkach.

Jak mieszkano

 Dawniej chaty budowano na zrąb z drewnianych bali,

okrągłych (okrąglaków) lub ciosanych z dwóch stron (płazów). Szpary pomiędzy balami utykano słomą, suchą trawą lub mchem, które potem zalepiano gliną, a po wyschnięciu malowano farbą, przeważnie koloru niebieskiego. Obora i część mieszkalna były pod jednym dachem. Często drzwi z kuchni prowadziły prosto do stajni lub pomieszczenia te przegrodzone były tzw. sienią, „boiskiem".

Dachy były kryte gontami. W tych drewnianych chatach mieszkano skromnie. Znajdowały się tu zazwyczaj trzy pomieszczenia: kuchnia (czarna izba), izba (biała izba) i komora. W izbie na ścianie wisiały, ułożone w rzędzie, obrazy przedstawiające Pana Jezusa, Matkę Bożą i świętych. Mieszkania były bardzo ciasne, rodziny wielodzietne. W jednej chacie mieszkały przeważnie trzy pokolenia. Latem spało się na strychu, na sianie, a zimą w kuchni, po kilkoro, na siennikach wypchanych słomą.

Wieczorami pomieszczenia oświetlano lampami naftowymi lub karbidówkami, gdyż nie było prądu.
Wewnątrz chaty, w czarnej izbie, stał piec, zwany piecem dymnym. Nie miał on komina, a dym rozchodził się po całym wnętrzu. Na piecu była polepa z gliny (nalepa), czyli palenisko, nad nim zaś polonie – coś w rodzaju półki z drążków lub deseczek, na których stawiało się umyte garnki lub układało drewno przeznaczone do palenia. Z boku znajdował się tzw. zapiecek; można było na nim spać, na przykład zimą spały tam dzieci, żeby było im ciepło.

W korpusie pieca często umieszczano kociołek do grzania wody. Nad paleniskiem wisiał kocioł, w którym gotowało się jedzenie, a na nalepie, wprost na palenisku, stawiano na żelaznych trójnogach (drajfusach) garnki. W porze wspólnego posiłku na gnatku (pniu) ustawionym na środku kuchni kładziono dużą glinianą miskę, wokół której gromadzili się wszyscy domownicy; jedli z niej drewnianymi łyżkami. Kto prędko jadł, ten wstawał nasycony, gorzej było z tym, kto jadł powoli – do wieczerzy chodził głodny.

Nie znano takich wygód, jak woda w kranie czy łazienka. Na każdym siedlisku był za to stawek z bieżącą wodą, obok duży kamień, na którym prało się tzw. kijanką grube ubrania, uderzając nią i od czasu do czasu polewając odzież wodą. Dzięki temu nie trzeba było nosić wody do domu, kiedy robiło się duże pranie. Później kobiety prały na tzw. praczkach, tarach. Do innych celów, na przykład do gotowania, sprzątania, mycia czy dla żywego inwentarza, wodę trzeba było nosić ze studni. Na ramiona kładło się nosidła (rodzaj drąga z zaczepami), a po ich obu stronach zawieszano wiadra, co ułatwiało noszenie.

W pomieszczeniach nie było podłogi, tylko klepisko, tzn. ubita mocno ziemia. W dawnej kuchni razem z ludźmi mieszkały młode zwierzęta, dzięki czemu ciepło było zarówno ludziom, jak i zwierzętom. Po kuchni biegały króliki, w jednym kącie były kury, a w innym, na słomie, układano młode cielątka, świnki, jagnięta. Pod stołem było miejsce na kurczęta. Ludzie żyli blisko ze swymi zwierzętami.

Praca na roli

Ludzie nie pracowali zawodowo, lecz utrzymywali się z pracy na gospodarstwie.

Zaraz z rana gospodarze szli do obory obrządzać inwentarz: nakarmić i napoić krowy, prosiaki, owce, kury. Dojeniem krów zajmowała się gospodyni. Po skromnym śniadaniu dzieci musiały paść krowy, pilnowały, aby zwierzęta nie wchodziły na cudze pola.

Pasienie urozmaicano sobie śpiewaniem piosenek, lukaniem (przeciągłe pokrzykiwanie, zabawa z echem), palono ogniska i pieczono ziemniaki udłubane na polu (często na cudzym), urządzano różne zabawy. Rodzaj tych zajęć przy pasieniu krów zależał od pogody i od miejsca, gdzie się pasło. Śpiewanie piosenek przy pasieniu krów było naturalne i oczywiste, dziś prawie zanikło, ale zawsze jeśli przechodzi się koło kogoś, kto pasie krowy, pada nieodzowne: Hanuś, a co ci tak smutno, ze nie śpiywos? lub Dziywcota, pośpiywojcie se, będzie wom weseli!

Praca na roli była bardzo ciężka i mozolna. Prawie wszystkie prace wykonywano ręcznie. Domownicy wychodzili w pole skoro świt i ręcznie kopaczkami kopali zaorane skiby i ugory. Używano też łopaty, tzw. sztychówki, która służyła do odwracania grubszych warstw ziemi. Kto był bogaty, miał konia, co należało jednak do rzadkości.

Przed przystąpieniem do sadzenia ziemniaków gospodynie wynosiły z piwnicy w koszykach średnie ziemniaki i kroiły je w ten sposób, aby w okrawku (kawałku przeznaczonym do sadzenia) były najładniejsze oczka. W zależności od rodzaju prac, przy obróbce ziemniaków używano różnych rodzajów motyk: do robienia rządków – motyki dziubki, do przekopywania i ruszania – motyki widełek, do okopywania – dziubki, do wykopywania – motyki siekierki.

Zanim więc ziemniaki znalazły się w piwnicy, trzeba było pięć razy „przekopać" pole, aby nie zarosły chwastami i były dorodniejsze. Praca ta zabierała mnóstwo czasu; jak skończono jedną z tych czynności, to za kilka dni trzeba było zacząć drugą. Nie wolno było końmi obrabiać ziemniaków, bo ziemia na położonych na stoku zagonach ściągała się w dół. Nie używano żadnych nawozów sztucznych, płody ziemi były ekologiczne i zdrowe. Może dlatego dawniej ludzie dożywali w zdrowiu sędziwego wieku.

Wiosna to czas siewu zbóż. Bronowano za pomocą grabi, potem broną, która pierwotnie wykonana była z samego drewna. Brony ciągnęli za sobą ludzie. Koszono sierpem lub kosą. Za kosiarzem szła gospodyni, która ubierała zboże, związywała i stawiała snopki. Jeśli zboże nie było powalone, praca szła lżej, gorzej gdy po ulewach zboże leżało, poodwracane w różne strony. Wtedy zarówno koszenie, jak i ubieranie sprawiały żniwiarzom duże trudności. W czasie żniw najbardziej upragniona była słoneczna pogoda, aby prędko uporać się z zebraniem plonów. Jak pole opustoszało, zbierało się z ziemi pozostałe kłosy zboża. Każde ziarno było cenne, nic nie mogło się zmarnować. Zboża znoszono na plecach do stodoły, podawano na strych, a jesienią, po skończeniu innych prac, przystępowano do młócenia cepami (potem za pomocą kierotu). Młócono w stodole, przeważnie po trzy osoby, w ustalonym rytmie, nie można się było pomylić, bo wtedy nieumyślnie można było oberwać cepem. Młocka trwała bardzo długo. Dwie kobiety wygrabiały zboże na bok, a dwie na przetaku wytrzepywały pokruszoną słomę. Potem brało się niecki i opowało zboże, podrzucając je umiejętnie, aby oddzielić ziarno od plew. Kto miał młynek (wialnia), to młonkował. Tak przygotowane ziarno mełło się w żarnach na mąkę, wtedy gdy była potrzebna, a kto bogatszy, wiózł je do młyna, aby mieć mąkę na cały rok, na kulasę, chleb i placek razowy.

Przez całe lato, równocześnie z innymi pracami w polu, zajmowano się koszeniem i suszeniem trawy. Po skoszeniu trawę z pokosów trzeba było rozrzucić równomiernie po całym polu. Na drugi dzień, jeśli nie padał deszcz, trawa trochę już podeschła. Wówczas należało ją przewrócić, aby uschła z drugiej strony. Przy upalnej pogodzie można było podsuszone siano zgrabiać i wkładać do kop (układać w kopy), na ostrwie. Na polach powstawały kopy, między którymi dzieci lubiły się bawić w chowanego. Po kilku dniach wystopowane, suche siano noszono w łoktusach (duże płachty tkaniny zakładane na plecy) do stodoły.

Trawa na wszystkich miedzach (przymiedzkach) była dokładnie wyrżnięta sierpem. Każdy gospodarz dokładnie wiedział, która miedza jest jego i sąsiad raczej nie mógł przekroczyć cudzej granicy, bo kończyło się to tak jak w jednej ze scen między Pyzdrą i Kwicołem w filmie Janosik. Takie przywiązanie do własnego kawałka wynikało z tego, że większość gospodarzy miała tej ziemi mało, a rodziny do wyżywienia liczne, liczył się każdy skrawek.

Dzieci również pomagały rodzicom w pracach polowych, kopały ziemniaki, nosiły snopki zboża, siano, ale przeważnie pasały krowy.

Ludzie, chociaż tak ciężko pracowali, bardzo szanowali tę ziemię. Nie było pól pozostawionych odłogiem. Jeśli na polu była kępa, to ludzie wybierali z niej kamienie i wynosili lub wywozili. Karczowali także las, aby mieć więcej gruntu pod uprawę. Kto miał dużo ziemi, był bogaty.

Jak wyglądał dzień w dawnym obejściu gospodarskim

Praca w gospodarstwie domowym zaczynała się wcześnie rano, wraz z pianiem koguta.

Gospodarze wstając, czynili znak krzyża i zaczynali śpiewać Godzinki ku czci Najświętszej Maryi Panny. Od wczesnych godzin rannych na żarnach mielono zboże na zacierkę. Trzeba było zapalić w piecu, nastawić wodę do grzania, przygotować śniadanie, uprzątnąć mieszkanie. Należało nakarmić i napoić cały inwentarz, wydoić krowy, wypędzić je na pastwisko, ugotować ziemniaki prosiakom, utłuc je i wymieszać z pokrzywami lub sieczką. Co trzy, cztery dni gospodyni robiła w maśniczce masło. Wlewało się do niej śmietanę i około pół godziny ubijało, aż masło się wyrobiło. Z takim swojskim masłem chleb bardzo smakował, a z maślanką – przysmażone, omaszczone ziemniaki.

Wyrabiano też sery. Kwaśne mleko w glinianym garnku stawiano na piec i powoli ogrzewano, aż mleko oddzieliło się od serwatki. Ogrzany ser wkładano do woreczka i ściskano w stołku serowym, aby odcisnęła się reszta serwatki. Ser przeważnie sprzedawano, a serwatka służyła jako napój. W każdym domu pieczono własny chleb; przeważnie żytni, placki żytnie, gotowało się kulasę, wodziankę do ziemniaków, kwaśnicę, piekło się podpłomyki.

Wszyscy domownicy szli w pole do prac. Ludzie chodzili na bosaka lub w drewniakach, bo nie było butów. Ubrania były bardzo skromne, połatane, gdyż nie było ich za co kupić. Na sznurku pod powałą suszono zebrane zioła, grzyby, a zimą również ubrania. Jesienią zbierano w lesie ściółkę, opadłe liście, aby w zimie było czym pościelić pod krowami, gromadzono chrust i gałęzie na opał. W piecach palono tylko drewnem. Wieczorami kobiety schodziły się po sąsiedzku i przędły wełnę, robiły na drutach, skubały pierze. Szły tak od domu do domu.

Ludzie byli bardzo pobożni. Kiedy w Zawoi i Stryszawie nie było jeszcze kościołów, chodzili co niedzielę do kościoła w Makowie Podhalańskim lub w Suchej Beskidzkiej. Nie opuścili również mszy św., jeśli święto przypadało w tygodniu. Pokonywanie takich odległości, przeważnie pieszo, zabierało w jedną stronę 1-2 godziny, a starszym nawet trzy. Nie było czym dojechać, nie było koni, samochodów, drogi były kamieniste i wyboiste.

Wierni podczas różnych świąt, na przykład w Wielkim Tygodniu, w Święto Matki Boskiej Wniebowziętej (15 sierpnia), pielgrzymowali do sanktuariów, najczęściej do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Ludzie, chociaż bardzo zapracowani, byli zawsze weseli. Wieczorami organizowano potańcówki; schodzili się w jednym domu, w którym tańczyli, śpiewali i bawili się przy dźwiękach akordeonu.

Dzieci uczyły się w domach prywatnych zazwyczaj zimą, kiedy nie było zajęć w gospodarstwie. Wieczorami przy lampie naftowej zbierała się cała rodzina i śpiewano piosenki oraz pieśni religijne, w zależności od okresu – w czasie Świąt Bożego Narodzenia pastorałki i kolędy, w czasie Wielkiego Postu Gorzkie żale, w maju spotykano się przy kapliczkach. Zbierali się tu wszyscy mieszkańcy danego obejścia. Głosy i śpiewy chwalące Matkę Bożą niosły się echem po górach i dolinach z każdej strony Przysłopia: od Lachów, z Granicy, z Magurki, spod Kiczory, od Janików, ze Spyrkówki, a nawet z odległych Bielasów.

Źródło utrzymania

Dawniej, aby mieć pieniądze na podstawowe rzeczy, takie jak zapałki, sól, naftę,

ludzie nosili własne produkty: masło, jajka, mleko, ser, śmietanę, na targ do Jordanowa, a później do Suchej Beskidzkiej, gdzie je sprzedawali. W domu na własny użytek zostawiano tylko maślankę. Jarmark w Suchej Beskidzkiej odbywał się co tydzień. Zjeżdżała się tu cała okoliczna ludność. Mężczyźni, którzy zajmowali się bednarzeniem, nosili wykonane rzeczy na targ i sprzedawali je: cebrzyki, beczki, koszyki, skopce do dojenia krów, maśniczki do robienia masła. Drewno na te wyroby szczypano i obrabiano ręcznie.

Na przykład cebrzyk wykonany był z drewnianych klepek, opasanych blaszaną obręczą. Dwie klepki z otworami, które służyły za uchwyt, były wyższe. Inni wykonywali uprząż dla koni, czasem bardzo pięknie zdobioną blaszkami, pomponami itp. Kowale robili podkowy, klepali blaszki (kuli lemiesze) do pługów.

Gospodarze sprzedawali uchowane świnie, cielęta. Kobiety zbierały grzyby, borówki i z tym szły na jarmark. Sprzedawały, co tylko można było: kury, kaczki, wełnę z owiec, swetry czy skarpety, haftowane serwety. Tu sprzedawano i kupowano wszystko, co komu w gospodarstwie było potrzebne.

Ludzie utrzymywali się z tego, co urosło na polu i co uchowali w oborze. Bardzo często ludzie wyjeżdżali (po kilka osób z rodziny i całego obejścia) w okolice Krakowa na żniwa do bogatych gospodarzy. Również dzieci służyły u bogatszych gospodarzy, nieraz daleko od rodzinnego domu, tam miały wyżywienie i parę złotych zapłaty. Czasem gospodarze byli dla nich dobrzy, ale często wykorzystywali te służące im dzieci ponad ich siły i możliwości. Dzieci oddalone od domu, rodziców i rodzeństwa miały bardzo smutne dzieciństwo.

Przednówek

Przednówek to trudny okres dla ludzi, którzy żyli tylko z tego, co posiali i posadzili.

Trwał od wczesnej wiosny do lipca – sierpnia. W tym czasie wyczerpywały się zgromadzone na zimę zapasy, a nowych plonów jeszcze nie było. Ludzie nie mieli co jeść. Brakowało ziemniaków, mąki, mleka; nadchodziło widmo głodu. Jedli dwa razy dziennie. Najczęściej mełli zboże – żyto, jęczmień, owies (na żarnach), przesiewali przez przetak i z takiej mąki gotowali kulasę. Jedli ją z mlekiem słodkim, kwaśnym lub maszczoną słoniną. Dawniej ludzie nie używali nawozów sztucznych do nawożenia pól, plony były marne i szybko się wyczerpywały. Był to również koniec zapasów słomy i siana dla bydła. Ludzie zamożniejsi jeździli wtedy za chlebem nawet do Krakowa, na przykład dwóch sąsiadów zaprzęgało parę koni i jechało furmanką po chleb dla całego obejścia. Kupowali jeszcze zboże i inne potrzebne artykuły, o ile starczyło na nie pieniędzy.

Ludzie jedli zacierkę lub kluski z na wpół zgniłych ziemniaków zebranych jesienią z pola, ususzonych pod strzechą. Wkładano je do kamiennej stopki (stępki), tłuczkiem rozgniatano, powstawało coś w rodzaju mąki ziemniaczanej. Mąka była czarna i niesmaczna. Jedzono to z mlekiem, a jak nie było mleka, to z kwaśnicą (sok spod kiszonej kapusty). Przednówek kojarzy się również z rozpoczęciem tzw. sadła. Po świniobiciu zszywano sadło w kształcie okrągłego bochna, wypełniano go słoniną, kawałkami boczku. Sadło wisiało na strychu koło komina lub nad piecem.

Zwyczaje i obrzędy

Wielki Tydzień to dla wiernych czas skupienia, przeżywania Tajemnicy Krzyża.

W każdy Wielki Czwartek w kościele oo. Karmelitów Bosych w Zawoi Zakamień od ponad 50 lat odbywa się Misterium Męki Pańskiej, w którym aktorami są parafianie. W Wielki Piątek wspólnie odprawiamy Drogę krzyżową, zatrzymując się przy poszczególnych kapliczkach usytuowanych w pięknej scenerii przyklasztornego terenu. Uwieńczeniem wydarzeń Wielkiego Tygodnia jest świętowanie Zmartwychwstania, z radosnymi dzwonkami, ze śpiewem Wesoły nam dzień dziś nastał.

W domu na stole koszyk ze święconką: baranek, babka, chrzan, jajka... serdeczne życzenia, rodzina. Babcie, dziadkowie wspominają, jak dawniej świętowano, przekazując młodszym to, co istotne, co warto zachować w pamięci dla następnych pokoleń. Oto zgromadzone przez uczniów zwyczaje zasłyszane od domowników:

  • W Wielki Czwartek zbierało się gałęzie, a wieczorem z dala od domu palono duże ognisko na pogardę Judasza. W innej wersji w Wielki Czwartek na pamiątkę zdrady Judaszowej paliło się snop słomy, tzw. łokocek, który miał wyobrażać Judasza.
  • W Wielki Piątek wstawało się o brzasku i boso w szybkim tempie szło się do studni, w zimnej wodzie obmywało się twarz na pamiątkę Męki Pana Jezusa.
  • W Wielki Piątek wstawano o świcie, wychodzono przed dom, aby obmyć się rosą, która według tradycji była skropiona Krwią i Potem Pana Jezusa, podążającego na Golgotę. Wierzono, że ta rosa ma uzdrawiającą moc.


W Wielką Sobotę po poświęceniu pokarmów przynoszono z kościoła wodę święconą, którą kropiło się dom. Nalewano ją do kropielniczek, które wisiały na ścianie w pokoju, koło drzwi. Resztę trzymano do czasu, kiedy ksiądz chodził po kolędzie, do pokropienia całego domu. Na wiosnę, gdy gospodarze siali zboże i sadzili kartofle, trzeba było je najpierw pokropić święconą wodą, aby był bogaty plon. Wodę święconą każdy z domowników musiał kosztować, ponieważ dawała ona siły potrzebne do ciężkiej pracy w gospodarstwie.

Wodą tą kropiono również konia, gdy wyjeżdżał na wiosenną orkę. Gospodarz wykonywał wtedy batem lub lejcami znak Krzyża świętego nad koniem. Wodą kropiono zwierzęta i ludzi, aby odpędzić złe moce. Gdy po raz pierwszy wypędzano krowy z obory na pastwisko, kładziono łańcuch na progu obory, aby krowy przez całe lato nie łamały nóg.

Po przyjściu z kościoła w Wielką Sobotę obchodzono wokół domu trzy razy ze święconym pokarmem, mówiąc: uciekaj gadzie za dolino, bo jo tu idom z łoświencelinom – miało to chronić dom od wszelkiej gadziny, czyli węży.

Poświęcony chleb wrzucano do studni, wierząc, że woda będzie zawsze czysta i źródło nie zaginie.


Poświęcony ziemniak wsadzany był na wiosnę pierwszy do ziemi, aby był urodzaj; wierzono, że zabieg ten uchroni plony od zarazy.


Poświęcone jajka z koszyka wielkanocnego pasterz musiał wnieść do obory, jedno z nich zjadał, aby krowy przychodziły przez całe lato do obory napasione i okrągłe jak te jajka.


Węgielki z ogniska rozpalonego w Wielką Sobotę przy kościele wkładano do ziemi na podmokłych łąkach, wierząc, że się osuszą.


W Wielką Niedzielę dzieci po zjedzeniu śniadania zabierały skorupki ze święconych jajek i rozwieszały je po drzewach owocowych, aby obficie rodziły. W tym dniu należało ugryźć kawałek chrzanu na pamiątkę, że taka gorzka była Męka Pana Jezusa. Dawniej w Wielką Niedzielę nie wolno było nic robić – gotować, zamiatać podłogi, zaścielać łóżek, nie uznawano w tym dniu nawet odwiedzin po domach.


W Wielkanocny Poniedziałek dzieci chodziły po domach z wierzbowymi gałązkami – protkami, wchodziły do domu i mówiły: Przyślimy tu po śmigusie, ale mnie tu nie opuście. Syra, masła nie żałujcie i co mocie – podarujcie. Wyjdźcie na wyrcysko, urwijcie spyrcysko, tak wom Boże dej. Rzucały te gałązki do wnętrza chałupy, a wtedy gospodarze wychodzili i dawali dzieciom albo kawałek sera, albo jajka, albo kawałek placka.


W Poniedziałek Wielkanocny tradycją było wzajemne oblewanie się wodą.


Poświęcone palmy i wianki przechowywano, by w razie wielkiej burzy czy ulewy zapalić je w piecu, aby uchroniły dom przed piorunem. W czasie dużej burzy świecono również gromnice poświęcone w Święto Matki Bożej Gromnicznej (2 lutego). Palmami święconymi błogosławiło się krowy w stajni i konia przed wiosennym wyjściem w pole. Palmę dawało się pod próg i przez nią na wiosnę przechodziły zwierzęta. Później te palmy wkładano pod pierwszą skibę, jak orano pole, co miało zapewnić dobre urodzaje. Palmy miały chronić dom i jego mieszkańców od nieszczęść, chorób i wszelkiego zła przez cały rok. Gałązki palmy roznoszone były po polach z oziminą, po ogródkach, by uchronić plony przed gryzoniami, a w szczególności przed myszami polnymi i nornicami. Poświęcone palmy wkładano za obrazy, a każdy domownik musiał zjeść po jednej bazi, aby uchronić się od chorób gardła.


Zioła święcono również w Święto Wniebowzięcia Matki Bożej (Matki Bożej Zielnej – 15 sierpnia). Miały podobne znaczenie obrzędowe jak wianki czy palmy.


Na oktawę Bożego Ciała pleciono wianki z kwiatów łąkowych, ziół i święcono je w kościele. Były skrzętnie przechowywane, a w czasie burzy wystawiane na zewnątrz domu lub palone w piecu, co chroniło całą zagrodę przed uderzeniami piorunów. Palono je, wierząc, że nic domownikom oraz dobytkowi nie będzie groziło, że to ochroni przed kataklizmem. Wianki nie mogły się palić żywym płomieniem, lecz delikatnie, tak aby dym unosił się w górę. Wierzono, że poświęcane wianki uspokajały sumienie.


Na św. Jana (24 czerwca) majono domy gałązkami jaworu, jesionu, brzozy, aby krowy się dobrze doiły.


Wiosną, jeżeli pierwsza burza przyszła od Makowa, wróżyło to ulewne i gwałtowne burze przez cały rok, tzw. udry. Jeżeli pierwsza burza nadeszła od Kiczory lub od Babiej Góry – deszcze i burze miały być w tym roku spokojne.

 

Gdy usłyszano pierwszy grzmot na wiosnę, trzeba było głośno krzyczeć, aby gardło było przez cały rok zdrowe.

Jeśli kawaler lub panna lubili wyskrobywać resztki jedzenia z garnków, to w dzień wesela mieli pewny deszcz – lepiej było tego nie robić.


Gdy budowano dom, pod pierwszy węgieł wkładano monetę i święty obrazek, aby domownikom nigdy nie zabrakło pieniędzy i aby Pan Bóg miał ich w swojej opiece.


Po zakończeniu żniw robiono wianek ze zboża i kwiatów, z którym szło się do domu, śpiewając dziękczynne pieśni. Później wianek wieszano nad drzwiami wejściowymi.


Tuż przed świętami Bożego Narodzenia wyliczano 12 dni, które wskazywały na pogodę w ciągu całego roku. Pierwszy dzień – na styczeń, drugi – na luty itd.


Wieczerzę wigilijną jadło się z jednej miski. Chodząc po kolędzie, śpiewano: Przyślimy tu po kolędzie, cy tu śpicie cy nie śpicie, cy nom spiywać pozwolicie. A kończono słowami: Za kolędę dzienkujemy, scyńścia, zdrowio wom zycomy. Azebyście długo zyli, a po śmierci sie ciesyli ze swiyntymi w niebie. Byście byli weseli, weseli jako w niebie anieli, anieli, tak wom Boze dej. W każdym kontku po dzieciątku a na piecu troje azebyście nie myśleli, ze to które moje.


W Sylwestra chodziło się na podchody do wszystkich domów, śpiewając kolędy podsypywało się (obrzucało) gospodarzy zbożem i pieniędzmi, co wróżyło dostatek i urodzaje.


W Boże Narodzenie przed pójściem do kościoła trzeba było umyć się wodą, w której były monety – żeby mieć ładną cerę. W święta Bożego Narodzenia choinkę przynosiło się dopiero w Wigilię – z samego rana. Ubierało się ją ozdobami wykonanymi własnoręcznie. Na choince nie było cukierków. Żeby choinka była ładnie ustrojona, owijało się w złotko kostki cukru lub buraki. Na stół wigilijny trzeba było położyć siano, bo Pan Jezus urodził się na sianku, zboże i piętkę chleba, do której wkładało się opłatek. Piętkę tę wkładało się pod skibę, gdy gospodarze siali zboże. W Wigilię pod obrus wkładano nieduży snopek z równej słomy, po świętach tą słomą owijano pnie drzew, by obficie rodziły.


W Boże Narodzenie nie wolno było leżeć w łóżku, bo przez to deszcz mógł powalić zboża. Każdy, wracając z kościoła, spieszył się. Gospodarz, który wrócił najwcześniej, jako pierwszy miał się uporać ze wszystkimi pracami polowymi. Jeżeli tego dnia pierwszym gościem w domu był mężczyzna, zapowiadało to szczęśliwy rok, jeśli baba, to wręcz przeciwnie.


Na podstawie wywiadów przeprowadzonych przez uczniów z następującymi osobami: Marcin Babiarczyk – z mamą Zofią Babiarczyk; Łukasz Bartunek – z mamą Jolantą Bartunek; Edyta Biłka – z mamą Dorotą Biłka; Natalia Biłka – z mamą Lidią Biłka; Katarzyna Bubiak – z dziadkami Heleną i Stanisławem Biłkami; Witold Bury – z babcią Heleną Bury; Piotr Ferlejko – z mamą Barbarą Ferlejko; Elżbieta Kowal – z babcią Anną Toczek; Hubert Kowaliczek – z mamą Zofią Kowaliczek; Katarzyna Kozina – z tatą Wojciechem Koziną; Martyna Oleksa – z tatą Januszem Oleksą; Marzena Oleksa – z babcią Emilią Toczek; Sebastian Oleksa – z mamą Beatą Oleksa; Konrad Pierog – z babcią Herminą Spyrka; Mateusz Pochopień – z dziadkami Anną i Stanisławem Żywczakami; Wojciech Polak – z mamą Barbarą Polak; Agnieszka Polak – z mamą Stanisławą Polak; Marek Sołek – z mamą Anną Sołek; Anna Zachura – z mamą Stanisławą Zachura; Izabela Żurek – z mamą Elżbietą Żurek.
Opracowała: Wiesława Krzeszowiak