Przysłop oczyma mieszkańców

opowiadania, wspomnienia i legendy

Grota Matki Bożej w Zawoi Zakamień

Grotę zaplanował śp. ojciec Bernard Smyrak, zawojanin. Powstawała ona razem z klasztorem oo. Karmelitów Bosych. Ojciec Bernard planował zbudowanie tunelu w górce, w której miała być umieszczona figura Matki Bożej. Jednak do tego nie doszło, nie wiadomo dziś, z jakiej przyczyny. Powstała za to grota. Grotę w istniejącej przy klasztorze górce kopano ręcznie, łopatami, kilofami; do wywożenia ziemi i kamieni służyły taczki. Kopali ją nieżyjący już mieszkańcy Przysłopia, jak również nasze obecne babcie i dziadkowie, którzy byli wtenczas młodzieżą. Ojciec Bernard wyznaczał po kilka osób z danego osiedla, co dzień po kilka osób nie tylko z Przysłopia, ale również z sąsiednich osiedli: Bielasy, Chrząszcze, Gołynia, Janiki, Magurka, Polana Grzechyńska, Steczki, Surzyny, Topory, Zalas, itd. Zbierano też kamienie, które układano jeden na drugim bez zaprawy, no bo kto by wówczas kupował cement. Figury, tak Matki Bożej jak i św. Bernadetty Soubirous, przywiózł gotowe śp. o. Bernard.

W grocie był i jest do tej pory ołtarzyk. Przed grotą ustawiono ławki. Odmawiano tam różaniec, odprawiano nabożeństwa majowe. Jako dzieci większość z nas przychodziła tu boso. Śpiewaliśmy pieśni maryjne, między innymi tę, którą uczył nas o. Bernard i której przytoczę jedną zwrotkę:


Tu, wśród ciszy gór i lasów
otoczonych srebrną mgłą
Tu Matka Niepokalana
założyła twierdzę swą.


Pewien mieszkaniec Przysłopia związany z Zakamieniem opowiadał, że słyszał historię o powstaniu klasztoru. Podobno pewnego dnia, gdy chłopcy paśli krowy w tym miejscu, gdzie obecnie jest grota, usłyszeli dochodzące gdzieś spod jałowca cudne głosy, jakby dzwoniły dzwoneczki, takie jak przy Mszy świętej. Szukali i nic nie znaleźli. Zastanawiali się, co to może być. Gdy już budowano kaplicę i grotę, skojarzyli sobie, że to był znak, iż w tym pięknym zakątku stanie kościół (klasztor), za co jesteśmy Bogu wdzięczni.


Zawojskich gór pieśń niesie się,
Królowej swej modły swe śle.
Zakamieniem rozbrzmiewa dzwon.
Królowej swej pieśń głosi on.


Tylko echo po górach leciało, co w naszych sercach, osób już w podeszłym wieku, do tej pory się odzywa.

Gdzie te czasy?

Było małe źródełko, wykopana taka studzienka, do której wpuszczony był kawałek grubego drewna wierzbowego, okrągły klocek z wydrążonym środkiem. Ludzie przychodzili z daleka, pili tę wodę, oczy sobie przemywali. Jak mówi przysłowie „Wiara człowieka uzdrawia". Były też nabożeństwa fatimskie – modliliśmy się z podniesionymi do góry rękoma, starszym omdlewały ręce, więc trzymali je oparte na głowach. „Nas, dzieci, wtedy to bardzo śmieszyło" – wspomina Stanisława Basiura z Zaboru. Było kilka osób – nie sposób wymienić, aby kogo nie pominąć – które wyróżniały się pobożnością. Rozpoczynały one różaniec, śpiewały Godzinki ku czci Matki Bożej, Dzieciątka Jezus, Jutrznię itd. Szkoda, że ten czas się nie zatrzymał. Można by było pisać książkę, bo w kilku zdaniach nie da się tego opisać. Chciałabym, aby młodzi wiedzieli, że się tu coś działo. Że wiara naszych dziadów i ojców była Bogiem silna.


Na podstawie wspomnień Stanisławy i Edwarda Basiurów z Zaboru opracowała: Hermina Spyrka

Kiska

Downo tomu na Przysłopie mieszkoł chłop, co sie nazywoł Gojcyk.

Łoba z babom gospodarzyli, bo mieli duzo pola, a dzieci ni mieli. Chowali 10 krów, poro koni i uradzili, zeby kupić świnio. Pojechali na jarmak do Wadowic i kupili jo, ale nie umieli jej chować, bo wtedy jesce rzodko kto świnie chowoł. No to wypuścili jo w pole i paśli razom z krowami. Chowali ze śtyry roki to świnio, az umyśleli, zeby jo zabić na godnie świota.

Ale ni mioł im kto zabić, bo na sosiedztwie nik tego nie umioł. Gojcyk godo do swojej baby – „Wiysty, jo znom pod Babiom Górom takiego chłopa, chodzi po dworak, wyrobio u panów, to moze by nom zabił to świnio?". Posed Gojcyk pod Babio Góro i ugodoł się z Klimkiem. Klimek kozoł im piyrse nawarzyć wody, utuc krup z jecmienia, bo kiski miały być robione z krup. Zrobili, jak im kozoł. Klimek przysed na drugi dzień i zabił świnio. Oparzyli jo i oskrobali, mięso porąbali i nasolili. Klimek zrobił sadła, a z krwi i krup narobił kisek. Wycyścili flaki i nadzioli do nik te krupy.

Obydwa końce flaka zapioni kołkami ustruganomi z drzewa. Na koniec roboty wypili jakosik okowitko, ale ze sie ściemniło, Klimkowi trza było iść do chałupy. Gospodorze nakładli mu do torby miosa, spyr i kisek, a ze chłopina był dobrze podchmielony, starawy i do tego kulawy, tota sed pomału wydeptanom drozeckom, co ludziska chodzili do Kościoła. Sed se ta jakosik, ale w Kalinie sie przewrócił. Wysuło sie mu wszystko z torby. Zbiyroł, zbiyroł, ale jedna kiska mu wpadła do śniegu, a ze było ciemno, to jej nie znaloz.

Na drugi dzień sły baby z Przysłopu na rorotki do wsi, do Zowojo – bo jesce my ni mieli klostorka Zakamiyniem – kijockom sie podpierały i świeciły latarniom, takom, co to chłopy świycili koło wozu, jak jeździli na jarmak. Baby ido, nogle patrzo, a tu w śniegu lezy jakisik zwierz, co mo dwie głowy! Przyświyciły latarniom. Jak nie zacną sturchać kijami tego znaleziska, az sie krupy wysuły! Godo jedna do drugiej – „Dobrze, ze my go zabily, bo mioł pełno młodych w brzuchu. Wiys, jak by się to rozploniło?"

Za chwilo nadsed jakisik chłopina, co tyz wybroł się na roroty i godo – „Co wy to baby tak bijecie?". A one – „Popatrz sie kumotrze, jakiego my zabiły zwierza! A wiela mioł młodych w brzuchu i aze dwie głowy! Jakby sie łokocił, to by sie ik tyle namnozyło, zeby nos wszystkich pozezyrały!".
Chłop godo do tyk bab – „O, wy głupie baby! A dyć to kiska, bo Gojcyk bił świnio i Klimek mu zrobił kiski. Pewnie sie łopił i potracił. Jakbyście wziony pod chustko, to byście miały co jeś z dziecyskami we świota. A wyście to zniewierały".

Takie to, wiycie, miały downi rozumy te nase prababki. Ale jak nom jesce roz te pany oświate w tyj Warszawie zreformujo, to i nase wnuki takie same rozumy mieć bedo!


Stanisława Basiura


Świocidełka

Po zachodzie słońca, gdy już zmierzchało, na podmokłych terenach ukazywały się światełka.

Była to podobno jakby chodząca ręka, która trzymała w dłoni siwy (niebieskawy) płomień. Nie wolno było krzyczeć ani rzucać kamieniem w jego kierunku, bo zaraz człowieka obejmował ten płomień, a gdy uciekał, to sypał się za nim ogień, który zostawiał blizny na twarzy.


Hermina Spyrka


Mocydła

Po wojnie na terenie Zawoi była przymusowa kontraktacja lnu.

Len, aby stał się nitką, a później płótnem, musiał przejść przez wiele etapów obróbki. Po ścięciu lnu wkładano jego wiązki do mocydła. Jak głoszą krążące opowiadania, w takich mocydłach przebywały chętnie boginki. Były to postacie pięknych dziewcząt. Jedni mówili, że miały twarze zasłonięte białą welonką (welonem), inni – że miały kształty niby dziewczyny, niby ryby. W każdym razie były piękne. Przypisywano tym boginkom porywanie niechrzczonych niemowląt. Gdy dzwoniły dzwony w południe, na Anioł Pański, wychodziły one ze swoich kryjówek i czyhały na karmiące matki. Wierzono, że przez sześć tygodni po urodzeniu dziecka matka nie powinna wychodzić z chałupy, bo jest w tym czasie najbardziej narażona na przykre spotkanie z boginką. Kobiecie, która krzątając się po gospodarstwie, nieopatrznie wyszła za próg, boginki porywały dziecko i wychowywały je, zostając ich mamkami. Mocydła zarosły sitowiem, boginki znikły. Jeszcze starsze osoby pamiętają, w których to miejscach na Przysłopiu mocyło się len.


Hermina Spyrka


Płanetniki

Gdzieś około 100 lat temu na terenie Zawoi było dużo dzwonów.

Niektóre dzwony służyły do rozpędzania burzy. Gdy zauważano, że nadciągają ciężkie chmury, zlatywali się przeważnie mężczyźni, ciągli za grube powrozy i dzwony dzwoniły, rozpędzały chmury. Trzeba było tak długo dzwonić, aż wszystkie chmury rozeszły się po niebie. A było to bardzo ciężkie zajęcie – nawet czterech chłopów nie mogło uciągnąć małego dzwonka. A z chmur słychać było wołanie płanetników, którzy rządzili burzą – „puść, puść, bo nie wytrzymamy". I coraz trudniej było dzwonić, bo nie było siły, chłopy się zmieniali co chwilę. Gdyby przestano dzwonić, to groziły straszne ulewy, gradobicie, oberwanie chmury. Płanetniki to były olbrzymy, mężczyźni w czarnych ubraniach i czarnych pelerynach. Czasem można ich było spotkać. Szkoda że teraz nie ma takich dzwonów, można by było zapobiec powodzi.


Hermina Spyrka


Czarownice

Dawniej po Przysłopiu, jak jeszcze chowano dużo bydła,

a nie było to wcale tak dawno, krążyły opowiastki między gospodyniami o czarowaniu. Podobno były upatrzone kobiety, które miały takie magiczne właściwości. Poznawano je po tym, że im się dobrze powodziło, a innym gorzej. Zazwyczaj były to takie gospodynie, które miały mało krów, a dużo mleka. Znaczyło to, że taka gospodyni czaruje i w jakiś tam sposób odbiera mleko krowom sąsiada. Zdarzało się bowiem, że akurat ktoś miał dużo sztuk bydła, a mało mleka. Od razu kojarzono obydwa fakty i powód takiego stanu rzeczy był pewny. Niektórzy starsi ludzie do dziś wierzą w taki zwyczaj, że po zachodzie słońca nie wolno nikomu nic pożyczać. Dawniej nie można było sprzedać ani mleka ani jajka, bo to miało być związane z czarami.
Dziś już nie ma czarownic, bo nie ma krów. A prawdziwe mleko możemy kupić tylko w sklepie. Nie ma krów, a jest mleko – to dopiero czary!


Hermina Spyrka


Strachy

Kiedyś opowiadała mi jedna, już nieżyjąca osoba z Zawoi historię o pewnej kapliczce.

Między Kaliną a Przysłopiem ludzie przechodzący obok przydrożnej kapliczki o 12 godzinie w nocy często słyszeli smutny głos, który mówił tylko dwa słowa: na wieki, na wieki, na wieki. Każdy, kto to słyszał, uciekał, gdyż dreszcze i ciarki przechodziły – taki ogarniał strach. Kiedyś wieczorem pewien mieszkaniec Zawoi (a był już w dobrym humorze, gdyż wracał z gospody) usiadł sobie przy kapliczce, aby odpocząć, i słyszy: na wieki, na wieki... Obejrzał się i mówi: A coz tak wołos „na wieki"?, a jo ci powiom „Na wieki wieków amen! Nagle słyszy: Bóg ci zapłać, dobry człowieku, gdyż mnie wybawiłeś! Czekałem na tę chwilę kilka lat i nikt się nie odważył odpowiedzieć! Tylko ty odpowiedziałeś! Powiem ci jak to było. Byłem księdzem, chciałem jak najwięcej robić dla wiernych, organizowałem uroczystości, budowałem kościoły. Ciągle zajęty, zagoniony, a gdy mi ktoś powiedział: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", nigdy nie odpowiedziałem – „Na wieki wieków amen", tylko – „na wieki"; dlatego musiałem to odpokutować. Ty dokończyłeś za mnie słowa, których ja przez pośpiech nie dopowiadałem. Teraz odzyskałem spokój duszy.

Od tej pory nikt już nie słyszał wołania na wieki.


Hermina Spyrka, Opracowała: Wiesława Krzeszowiak

Kapliczka Matki Bożej u Spyrki

Kapliczka na Spyrkówce przedstawia figurę Matki Bożej z Dzieciątkiem.

Wybudowano ją z piaskowca w 1870 r. Pierwotnie postawiona była nieco niżej, koło drogi, którą chłopi często wozili drzewo z lasu. Bardzo często przeklinali przy kapliczce, ponieważ nie mogli wykręcić na wąskim zakręcie. Pewnej nocy p. Janowi Spyrce, mieszkańcowi osiedla Spyrkówka, przyśniła się Matka Boża i poprosiła, aby mieszkańcy przenieśli jej figurę w bezpieczne i bardziej odpowiednie miejsce. Tak się też stało. Od tamtej pory stoi w nowym miejscu. Kapliczka była remontowana, odnawiana i malowana przez mieszkańców. Dekoruje się ją, jak dawniej, kwiatami i wieńcami z choiny. U nas do dziś jest kultywowany zwyczaj odprawiania przy kapliczkach nabożeństw majowych, podczas których zebrani śpiewają Litanię Loretańską do Matki Bożej i pieśni maryjne. Tradycja minionych stuleci jest nadal żywa. W roku 2003 z dotacji Fundacji Wspomagania Wsi został wykonany gruntowny remont przez konserwatora zabytków przy konsultacji etnografa Urszuli Janickiej-Krzywda


Opracowała: Renata Pochopień

Legenda o Lisiej dziurze

Niedaleko drogi prowadzoncej z Przysłopia do Bielasów, koło Gronika,

jes miyjsce, co nazywo się Lisio Dziura. Bardzi podobne do góry niz do dziury. Prowdopodobnie chowo w sobie duzo róznych rzecy, skarbów. Lisy miały tam dziury. Wychowywały w nik swoje malutkie lisiotka. Downo, downo tomu, jak jesce przez Przysłop prowadził ślak kupiecki, przejyzdzali tody kupcy z róznomi skarbami. Wozili złote zbonki pełne talarów, piykne burśtyny, łozdoby, świocidełka, sukna i inne rzecy. Kupcy zawse puscali kłogosik przodom, zeby ik uprzedził ło niebezpieczyństwie, jakby było co nie tak. Roz, jak jechali, uswyseli, ze w Kicorze catujo na nik zbóje. A mieli straśnie duzo tyk skarbów. Sybko zeskocyli z wozów. A ze to było w taki dolince, to ik nie było widać. W som roz przydały się dziury lisie, bo i dołów nie musieli kłopać. Nakładli zbonki z talarami, świocidełkami, burśtynami do dziur, przygrzebali, powiedzieli zaklocie, zeby zbóje ik nie znaleźli, i łodjechali. Zbóje w pościgu napadli na tyk kupców, wymordowali ik, kłonie zabrali, a skarby do tej pory siedzo w Lisiej Dziurze.

Jak my byli małomi dzieciami, to żył na Przysłopie taki Wojtek Bogdanik, który umar juz 50 roków tomu, a mioł 80 roków, jak umar. Miyszkoł Pod Grapom, to prawie na środku Przysłopia. My do niego chłodzili i un nom łopowiadoł rozmajte historyje. Łopowiadoł, ze w drugie świoto Wielkanocy, w śmigus-dyngus, te zbonki z talarami wynurzajo się z tyk dziur i na słońcu sie przesusajo. My jako dzieci goniliśmy tam co roku na Lisio Dziuro, przyziyrali my się spoza drzew, krzocków i w ukryciu cyhaliśmy na zdobyc, ale sie nom nigdy nie udało łodnaleź skarbu. I do dzisiok te talary i burśtyny tam siedzo ukryte.

Kiedysik łoroł gospodorz płole koło Lisiej Dziury. Zahocył pługiom ło cosik twardego. Wydar się na konia, przyżnoł mu, a koń dali nie doł rady uciognoć. Jak chłop nie zaklnie tak siarcyście po górolsku, po zowojsku! – to nogle az nad Babiom Górom zagrzmiało i cosik zazbyrcało! Podnios pług, patrzy, a tam złoty dzbonek z talarami. Kcioł go łapsnoć, ale dzbonek ino zazbyrcoł i wpod pod ziomio. Zeby nie zaklon, toby złoto mioł. Ale nase chłopy to ino kloć umio!

Wojtek łopowiadoł nom jesce, ze pon, który miyszkoł w Suchyj na zamku, jak się dowiedzioł, ze na Przysłopiu som skarby, kozoł kopać tunel do Lisiej Dziury, ale włojna przeskodziła i nie zdozyli dokońcyć.

Z downych lot została piosynka:

Zakopali kupcy
złociste talary
siedzi w Lisiej Dziurze
na nich diabeł stary.
Jesce teroz jes nadzieja, ze będzie mioł kto scoście i znojdzie na tyj ściyzce talary i burśtyny?


Hermina Spyrka


Leczenie uroków

Jeszcze nie tak dawno, a były to lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XX wieku, wierzono w uroki.

Na przykład gdy zachorował koń, krowa czy inne zwierzę domowe – na przykład miało kolki – uznawano, że jest to urok rzucony na zwierzę przez sąsiada lub sąsiadkę. Posądzano, że ten ktoś ma złe oko i urzekł: „urzyk mi krowo i chorowała". Uroki leczyły przeważnie babcie mające do tego dar, czyli predyspozycje, i znające specjalne zaklęcia. Spędzanie uroków polegało zazwyczaj na tym, że taka osoba brała do szklanki wodę, wygrzebywała węgielki drzewne spod blachy (z pieca kuchennego, w którym paliło się drewnem) i wrzucała je do szklanki, mrucząc pod nosem magiczne zaklęcia. Zwierzę umyte taką wodą zaraz wyzdrowiało.

Szkoda, że teraz nie ma takich babć, aby mogły uzdrawiać ludzi.


Hermina Spyrka

Oto jak wspomina te dawne czasy pani Genowefa Chowaniak:

Rano, jak się wstało, to trza było namleć łorkisa na młonku, potom się gotowało z tego kulaso.

Zjadło się jo z mocankom i cłowiek był syty do połednia. Na wiesno wcas, kopało się ugory motykami. W połednie się sło z kopanio do chałpy, uzbiyrało się smordzy i babik usów, bo rosły po paświskach i koło lasów. Do tego się uzbiyrało trocha pokrzyw, wkrajało się pora zimnioków i razom ugotowało.

Łomaściło się śmietoneckom, była tyz wodzianecka z witaminami. Ekologicno, jak to się teroz godo. W drugim gorku ugotowali zimnioków, włozyli na glinianyj misce do framugi – jak jo kto mioł, a jak nie, to pod blacho. Zrobiło się z tego prazuchy, wloło się maślonki i była wiecerzo, ze palce lizać. Ludzie mieli siło, ze nawet mogli sobom skrodlić. A teroz kotlety, filety, sałatki, galaretki, Bóg wiy co jesce przestrojajo. A wszystko takie jakiesik delikatne i słabe, koz takiomu pociognoć brono! Słowo dajom, ze nie uciognie. A i zapasy na zimo! Była becka kapusty, corek kwaków, corek marchwi, był gorcek fazoli, bób i to się w zimie gotowało, bo był cas. Przed Bożym Narodzyniom zabili świnio, zesyli sadło, włozyli do paści, to się susyło za przypieckiom. Pochniało do Wielkanocy. Wonności się rozchodziły po całyj chałpie. A jak przysed moj, to była dopiyro uciecha! Śpiywało się przy kaplickach, co som po dziś dzień prawie na kazdom łobejściu. Casami przychodzili chłopcyska, a to spod Kicory, a to z Magurki cy Gołonie, no z róznych stron – z harmonijom, casom była jesce trobka i klarnet.

Jak my pośpiywali, pograli Matce Boskij, to potom się sło do jakiej chałpy, ka była duzo izba, i była potajcówka do rana. Prowda moiściewy, ze było fajnie? Mnie się zdaje, ze bardzo fajnie.